– Zamiast nam pomagać, jeszcze mają pretensje, że do nich dzwonimy – żalą się mieszkańcy ulicy Grodzkiej w Słupsku. – A przecież chcemy tylko, żeby robili to, co do nich należy. Niestety nie pierwsza to już skarga słupszczan na działalność Straży Miejskiej w naszym mieście. Na parkingu pomiędzy Miejską Biblioteką Publiczną a blokami mieszkalnymi przy ul. Grodzkiej w Słupsku trudno o wolne miejsce. Teoretycznie mogą tam zostawiać auta tylko mieszkańcy i pracownicy biblioteki. Jednak w rzeczywistości parkuje tam kto chce. – Widać wyraźnie zakaz wjazdu, ale kierowcy nic sobie z tego nie robią. Samochody jeden przy drugim stoją, a jak dzwonię po Straż Miejską to słyszę, że ciągle są z nami jakieś problemy – mówi Ryszard Jaskot, mieszkaniec ul. Grodzkiej. – Poza tym chyba strażnicy sami powinni wiedzieć co należy do ich obowiązków. Nie jesteśmy przecież ich agentami, żebyśmy ciągle musieli ich informować o różnych nieprawidłowościach – dodaje Andrzej Banach. Problem notorycznie łamiących zakaz kierowców dał się również we znaki dyrekcji biblioteki. – Bywało tak, że organizowaliśmy konferencje, a ludzie, którzy do nas przyjeżdżali nie mieli gdzie aut zostawić, bo wszystkie miejsca były zajęte. Tak samo jest gdy przyjeżdżają różne dostawy. A strażnicy? Od czasu do czasu tu zajrzą – mówi Tadeusz Matyjaszek, dyrektor biblioteki. Tymczasem komendant Straży Miejskiej Wojciech Kozłowski zapewnia, że to miejsce jest pod szczególnym nadzorem – Wystawiamy mandaty i pouczenia, ale nie możemy przecież pilnować tego parkingu przez cały czas. Strażnicy jednak znaleźli rozwiązanie. Zaproponowali mieszkańcom ustawienie zapór, które uniemożliwiałyby wjazd innym kierowcom. A kto miałby za te zapory zapłacić? – Oczywiście sami mieszkańcy – mówi W. Kozłowski – Przecież za publiczne pieniądze nikt prywatnego parkingu nie będzie im budował – dodaje. Tylko że mieszkańcy wcale nie chcą żadnego prywatnego parkingu. Jedyne, czego oczekują od strażników, to odrobina skuteczności... (man)
Na zdjęciu : - Kierowcy łamią prawo, ale strażników miejskich to nie obchodzi - denerwuje się Ryszard Jaskot (z prawej)
Fot. Krzysztof Tomasik